Trzydziestka Proboszcza

40

 

- Mały Andrzejek chciał zostać…

- … księdzem? – chyba nie. Ale w domu była atmosfera religijna, jak to na Pomorzu. Może inżynierem. Gdybym trafił do Elbląga, to pewnie do Zamechu.

- Był łobuziakiem?

- O tak. Pamiętam jak bez zgody rodziców poszedłem się kąpać i to się wydało, bo spodnie przesiąkły od mokrych majtek. Była bura. Chowany byłem krótko, może nawet zbyt krótko.

- Ale ministrantem Andrzej był?

- Nie było zbyt wielu ofert dla dzieci. Mogłem grać w piłkę albo pójść do sekcji wioślarskiej, ale mama bałaby się że się utopię. A Kościół to był to zupełnie inny świat, inny niż otaczająca nas wówczas codzienność, przyciągał, urzekał.

- I powołanie przyszło.

- Najpierw było seminarium, później decyzja żeby zostać księdzem. Wokół mnie tak wiele się działo – pielgrzymki, oazy, wakacyjne wyjazdy, zaangażowanie ks. Blachnickiego, rzesza aktywnych młodych ludzi. I stąd decyzja, żeby spróbować, bo może to jest moja droga. Ale dopiero na trzecim roku, gdy pojawiły się problemy niepokornego alumna i zagrożenie dziekanką, utwierdziłem się w przekonaniu, że chcę zostać księdzem. I chcę wierzyć, że jest w tym też powołanie. Gratia suponit natura – łaska bazuje na naturze – to zawsze się przenika

- Wikariat w Sztumie, na Powiślu i…

- To ponownie odkryło moją tożsamość pomorską. Trudno nam w Elblągu zrozumieć tę atmosferę, ale tam pozostały enklawy autochtonów, którzy zachowali dawne obyczaje, solidne fundamenty, tak mocno wrośnięte w tradycje tej ziemi. To był rok 1988, koniec PRL. Strajki, ostatnie możliwości emigracji, ale też wprowadzenie religii do szkół i moja praca w sztumskim więzieniu. To zostawia ślad.

- Później studia w Rzymie – doktorat, język, kultura, kuchnia i coś jeszcze?

- Przede wszystkim lekkość, której trzeba się uczyć. Lekkość w podejściu do tematów trudnych. Gdy nieustannie uczę się mojego kapłaństwa przez te 30 lat, to najważniejszym jest dla mnie zrozumienie drugiego człowieka, żeby mając rację nie zabijać tą racją, żeby kochać ludzi. A Włochy dały mi posmak radości życia, a nie egzystencjalnego ciężaru, który z wiekiem dopada człowieka. Poszedłem na studia doktoranckie, gdy miałem 30 lat i na nowo poczułem się giovane. Ewangelia to jest radosna nowina. Kapłaństwo daje mi możliwość obcowania z ludźmi, którzy mnie zapraszają do siebie i chcą mnie słuchać.

- Z Rzymu do Elbląga i…

- No pewnie, że sześć lat w Rzymie to był bajeczny czas. Ale już tam byłem proboszczem w podrzymskiej parafii. A po dziesięciu latach po powrocie, gdy byłem rektorem kościoła św. Jerzego i duszpasterzem akademickim, zapragnąłem tego czego powinien pragnąć każdy ksiądz. Bo jest to coś kapitalnego. Rodzi się dziecko, umiera ktoś, ktoś się zakochał i przychodzi z tym do mnie i mówi: ja ciebie zapraszam, chodź, towarzysz mi, módl się, żeby mi się udało. Nie ma nic piękniejszego. Parafia daje możliwość uczestniczenia w autentycznym życiu.

- W Jegłowniku było łatwiej?

- Tak. W moim życiu to było ponownie coś spontanicznego, młodego, nowego. A teraz jest intensywniej, więcej. Ale nie oznacza to, że jest to ostatnie słowo, bo może znów trzeba szukać czegoś nowego.

- Rozpoznawalność pomaga, czy krępuje?

- Rozpieszcza człowieka. W wielu przypadkach skraca dystans. Ale jest to sympatyczne.

- Kondycja, zdrowie?

- Specjalnie jakoś nie dbam. Trochę biegam i czasami to bieganie daje może więcej niż niejedno kazanie, konferencja czy napisany artykuł.

- W Kościele, w Elblągu, w parafii…

- Trzeba szukać swojej indywidualności, bo inna jest parafia katedralna, inna prowadzona przez o. redemptorystów, a jeszcze inna św. Jerzego. Mamy to szczęście, ze w Elblągu jest tyle różnorodnych parafii i tak wiele się dzieje. Pewnie dziś więcej w sensie materialnym, bo o to jest wbrew pozorom łatwiej. Ale trzeba szukać, starać się i rozwijać dobro, które jest w każdym z nas. I nie zapominać o tradycji i o kulturze. Jeśli w swojej wierze zapomnimy o oddziaływaniu poprzez sztukę i kulturę, to zatracimy uniwersalizm chrześcijaństwa. Dobrze czuję się w tym elitarnym chrześcijańskim gronie, gdzie są św. Augustyn i św. Tomasz, ale też Bach, Mozart i mój ulubiony Caravaggio. Fajnie jest być w takim towarzystwie. (Rozmawiał Juliusz Marek)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>